W gruncie rzeczy o dojmującej
samotności
Stół suto zastawiony,
na środku butelka z przeźroczystym płynem, nieopodal słoiki z ogórkami w
towarzystwie kieliszków. Wokół siedzi trzech mężczyzn. Ich miny zdradzają stan
upojenia. Śpiewają przy tym pełną piersią, wspominają dawne dzieje. Powie ktoś
– ot, konwencjonalne spotkanie kumpli przy wódce. Rzecz w tym, że ci mężczyźni
zapewne kilka godzin wcześniej zdjęli z szyi koloratki…
Takimi kadrami rozpoczyna się film, o którym
mówi już bardzo wielu, a być może równie wielu wolałoby, by obraz wcale się nie
ukazał. Mowa o „Klerze” Wojciecha Smarzowskiego.
Przez ponad dwie godziny reżyser nie pozwoli nawet na
ukradkowe ziewnięcie w kinie. Zmusi do przyjrzenia się sytuacjom tragikomicznym
i przygnębiającym, wstrząsającym, a niekiedy druzgoczącym.
Fundamentem „Kleru” są losy trzech kapłanów, ale równoprawnym
bohaterem stanie się też czwarty – arcybiskup Mordowicz, niezwykle udanie, zuchwale
zagrany przez Janusza Gajosa.
Pierwszy ksiądz, gospodarz libacji, to Andrzej Kukuła
(Arkadiusz Jakubik). Potrafi równie sprawnie usprawiedliwić nietrzeźwych kolegów
przed patrolem miejscowej policji jak zainkasować sporą kwotę za pogrzeb od niegrzeszącej
groszem rodziny. Drugi, ksiądz Tadeusz Trybus (Robert Więckiewicz), chcąc
szybko znaleźć się w ramionach kochanki, Hanki Tomali (Joanna Kulig), nie
zawaha się wsiąść do auta po pijanemu. Trzeci kapłan to Leszek Lisowski (Jacek
Braciak). Dzięki jego wyczynowi z przeszłości jest okazja do opróżnienia
butelki. Uratował przed laty kolegów z płonącego kościoła. Po pysznym wieczorze
rozjadą się do swoich parafii i… kurii, bowiem Lisowski jest prawą ręką
Mordowicza. Smarzowski umiejętnie będzie widzowi dawkował ich losy.
Każdego z nich łączy nie tylko duża doza inklinacji do
alkoholu. Można zaryzykować stwierdzenie, że wszyscy potrzebują nawrócenia, bo
ich codzienność jest biegunowo odległa od nauki, którą – nie zawsze z sukcesem
– głoszą.
Początek filmu
będzie odpowiedni zwłaszcza dla tych widzów, którzy – przynagleni dość
krzykliwym zwiastunem – utwierdzą się w przekonaniu, że księża to „pedofile zlodzieje pijacy to jest kler” [pisownia
oryginalna]. Z kolejnymi jednak minutami reżyser zaprosi nas do gruntownego
poznania ich życia, co być może da szansę na porzucenie „czarno-białych”
okularów.
Zacznijmy od Kukuły. Oprócz wspomnianych już
pazerności i nadużywania alkoholu odczuwa niepokojącą, wydaje się skrajnie
niewłaściwą, sympatię do jednego z ministrantów. Owszem, obserwujemy go z
zapałem kopiącego piłkę wraz z chłopcami, co z dydaktycznego punktu widzenia jest
godne pochwały. Gdy jednak tego samego Kukułę podglądamy przez dziurkę od
klucza, jak każe ministrantowi ściągnąć koszulkę, wówczas zaczynamy odczuwać co
najmniej wściekłość. Bardzo długo, praktycznie przez cały film, będziemy szli z
mieszkańcami jego parafii i wymachiwali za Kukułą rękoma, pomstując:
„Pedofil!”. Ostatnie sceny filmu będą więc dla nas tym bardziej ogromnym
zaskoczeniem.
Trybus ma jeszcze większe problemy z alkoholem. W
dodatku regularnie sypia z Hanką Tomalą, swoją parafianką - prostą dziewczyną z
nieślubnym dzieckiem. Kiedy ta zajdzie z nim w ciążę, bez zbędnych ceregieli zasugeruje
jej usunięcie. Skrajną nieodpowiedzialność za życie kobiety i swojego dziecka
zrozumie… w czeskiej klinice, gdzie wtargnie, szukając rozpaczliwie kochanki,
która najpewniej zamierza poddać się aborcji.
Teoretycznie grzechy Lisowskiego są na tle postawy Kukuły
i Trybusa stosunkowo łatwo wybaczalne. Jest chorobliwie ambitny – marzy o
karierze w Watykanie. Wszystkie więc jego wysiłki sprowadzają się do wiernej
służby u arcybiskupa, tak by wreszcie doczekać się awansu. Nosi nienaganne
koszule, włada włoskim i niemieckim, mieszka w krakowskim apartamencie nad
Wisłą. Ów karierowicz ma głowę nie od parady – obraca ogromnymi kwotami
potrzebnymi, by sfinalizować budowę świątyni dla Mordowicza.
Wreszcie arcybiskup – stopień jego hipokryzji i
przywiązania do bogactwa jest buforowany przez najwyższej klasy aktorstwo
Gajosa. Trudno nie rozsmakować się w kilku wypowiedzianych przez niego
kwestiach jak choćby: „Złote, a skromne…” czy „Lata spędzone w służbie Maryi przeżyłem
w ubóstwie…”. Jednocześnie mamy świadomość, że to duszpasterz archidiecezji,
który winien ujmować wiernych Chrystusowymi pokorą i miłością. Tymczasem traktuje
swych podwładnych (w tym Lisowskiego) karcąco i z nieukrywaną pogardą.
Czterem wyraziście zarysowanym przez scenariusz
postaciom towarzyszą, rzecz jasna, inni – zarówno księża, jak i wierni świeccy.
Mordowicz na przykład nie mógłby raczyć się whisky w towarzystwie lokalnych
prominentów, nie stawiałby świątyni za niebotyczne kwoty bez pomocy oddanych mu
księży pracujących w kurii. Wśród nich próżno szukać kapłanów pobożnych – są
tam za to karierowicze czy homoseksualiści.
Innym, niebagatelnym dla rozwoju akcji, środowiskiem
działania kościoła jest sierociniec prowadzony przez zakonnice. Rozgrywane tam
sceny – w tym maltretowanie dzieci, psychiczne i fizyczne – mogą wywołać
zrozumiałe współczucie dla ofiar, ale i istny gniew na taki stan rzeczy.
Świeccy z kolei są ledwie zarysowani (oprócz
wspomnianej już Hanki Tomali) i przedstawieni albo jako bezrefleksyjni,
bezgranicznie ufający swoim księżom wierni albo jako ci głośno wyrażający swe
oskarżenia. Próżno szukać w filmie człowieka głęboko wierzącego, ale reżyser –
nadając dziełu tytuł „Kler” – nie miał zapewne ambicji pokazać (bo to byłoby
niezwykle karkołomne i chyba jednak niemożliwe) wszystkich typów wiernych.
Smarzowski na szczęście nie pozwoli rozumnym widzom na
niskogatunkowy rechot. Ufam też, że po seansie osoby będące jeszcze przed
obejrzeniem filmu antyklerykałami, nie pośpieszą od razu wybijać szyb na
plebaniach. Reżyser takich artystycznych znakomitości jak „Róża” czy „Wołyń” –
poprzez turpistyczną kondensację – tworzy, paradoksalnie, przestrzeń do
dialogu. I rzecz nie w tym, że „Kler” nie pokazuje całej prawdy o polskim
kościele katolickim, a jedynie tę marginalną, ale jednak najohydniejszą jego
część. Owe stężenie zła winno stać się okazją do poważnej rozmowy i, co zaskakujące,
prowadzić do dobra.

Bartek
Mrozowski/mat. Kino Świat
Reżyserska psychologia postaci nie zawodzi. Film
„Kler” traktuje bowiem o bezradności pedofilskich ofiar, ale i o… samotności
księży. Kiedy ks. Kukuła ma po latach okazję spotkać dawnego oprawcę,
emerytowanego już księdza pedofila, a ten niemo patrzy w jego nabrzmiałe od
oczu łzy, z bezradności chwilę później przewraca meble w swym pokoju wiedząc,
że żadne katharsis nie nadejdzie; że to spotkanie ze zwyrodnialcem jedynie
rozjątrzy teoretycznie tylko zasklepione rany. Pozostaje uklęknąć przed
tabernakulum, ale i to na długo nie wystarczy.
Samotny jest też ks. Trybus, kiedy wspomina nad
kieliszkiem w pustej, brzydkiej, plebanijnej kuchni chwile spędzone z kochanką.
Wódka nie daje już ulgi, bo jest protezą dla porzucenia. To wtedy grany przez
Więckiewicza kapłan, być może pierwszy raz w życiu, zachowa się jak mężczyzna. Odnajdzie
tę, za którą tęsknił i weźmie za nią i za swoje przyszłe dziecko
odpowiedzialność.
Wstrząsająca jest też scena samotności Lisowskiego.
Regularnie odwiedza sierociniec, który w dzieciństwie był też i jego „domem”.
Kiedy siedzi w opustoszałej, zimnej sali pełnej dziecięcych łóżek, jego
wyobraźnia podsuwa nie dające się zapomnieć obrazy. Jako mały chłopiec był
świadkiem fizycznej przemocy, a następnie molestowania jednego z kolegów. Teraz,
ten dorosły już Lisowski, roni łzy bezradności.
Dojmująco samotny jest wreszcie mężczyzna, który staje
przed komisją, mającą zbadać jego oskarżenia o czyny pedofilskie jednego z
księży. Srogie twarze przesłuchujących go duchownych z arcybiskupem na czele są
aż nadto czytelne. Podobne dramatyczne wrażenie wywołają wypowiedzi innych
ofiar.
Świadomie nie zdradzę dwóch elementów filmu – tego,
kto tak naprawdę z przedstawionych księży jest winien cierpienia tych
najmłodszych oraz końcowej sceny obrazu, bo chcę wierzyć, że wielu jeszcze
dzieło zobaczy. Nie mają racji ci, którzy widzą w twórcach „Kleru” przedstawicieli
„wrogich sił” działających przeciwko kościołowi. Nie zgadzam się też z tymi,
którzy – chcąc uniknąć „nawet pozoru zła” – odradzają wizytę w kinie.
Smarzowski, owszem, z premedytacją prowokuje, wali obuchem w głowę, ale swym
obrazem chce przynaglić do wyjścia z odrętwienia. Nie czyni tego zresztą
pierwszy raz. Jego znakomite „Wesele” nasuwa w sposób naturalny skojarzenie z utworem
Wyspiańskiego. Młodopolski dramatopisarz w niezwykle celny sposób diagnozował
polskie społeczeństwo. Podobne ambicje zdaje się mieć Smarzowski, dlatego w
opinii piszącego te słowa powoli zasługuje na miano – jakkolwiek górnolotnie to
zabrzmi - filmowego Wyspiańskiego XXI wieku.
Bez wysmakowanej gry aktorskiej jego reżyserskie plany
spełzłyby jednak na niczym. Powiedzieć, że aktorstwo w „Klerze” jest na
najwyższym poziomie to zwyczajny truizm. Smarzowski zdążył nas już przyzwyczaić
nie tylko do dobrze dobranych scenariuszy, wstrząsająco trafnej muzyki, ale
nade wszystko do ekranowych Artystów. Jakubik, Więckiewicz, Braciak to
nazwiska, które już na stałe zapiszą się w rodzimej kinematografii.
Na koniec warto raz jeszcze podkreślić – mimo wielu
walorów film nie pokazuje całej prawdy – jak być może chciałoby wielu - o
polskim kościele katolickim, bo milczy o niemałej ilości pobożnych kapłanów i
mądrych wiernych. Indykuje za to największe, najbardziej wstrząsające i bolesne
grzechy zarówno zwykłych księży, jak i ich hierarchów.
Jeśli po obejrzeniu obrazu Smarzowskiego będzie choć
jeden kapłan, który na nowo przyjrzy się swemu powołaniu i nawróci ze złej
drogi… Jeżeli choć jeden wierny świecki, być może pierwszy raz w swym życiu, pomodli
się całym sercem za wikarego ze swojej parafii… Jeśli znajdzie się choć jeden
alkoholik, pedofil, materialista, zarozumialec w koloratce, który dokona
wewnętrznej aspersji i będzie potrafił zadośćuczynić skrzywdzonym przez siebie
osobom… Jeżeli antyklerykał w swym hejterskim zacietrzewieniu choć na moment
zobaczy w kapłanie człowieka… to znaczy, że „Kler” wydał dobre owoce. Głęboko
wierzę.
